Ta noc była jedną z najgorszych w życiu
Vivien. Za oknem szalała burza, a ona za nic nie mogła usnąć. Przewracała się z
boku na bok, szturchając, co chwilę psa. Zwierzę położyło się w jej nogach i
rzucało jej niezadowolone spojrzenia. W końcu nie wytrzymała i wygrzebała się
spod kołdry, spuszczając bose stopy na drewnianą podłogę. Poczuła nieprzyjemny
chłód i szybko założyła ciapy, żeby wyjść na korytarz.
Cichym krokiem zmierzała w stronę okna, z
którego zawsze było widać światło księżyca. Tej nocy była pełnia, a Vi
wiedziała, że może jej już nigdy więcej nie zobaczyć z tego miejsca. W pewnym
momencie jedna z desek zaskrzypiała pod nogą dziewczyny, wywołując u niej
strachliwe wzdrygnięcie. Wtedy też zobaczyła czyjś cień w ciemnym pokoju.
– Jeszcze nie śpisz? – w pomieszczeniu
rozległ się cichy głos dziadka. Z oddali widziała jego błyszczące oczy.
– Nie mogę zasnąć – weszła do pokoju i
usiadła w jednym z foteli. – Boję się –wyszeptała, zaciskając palce na swojej
piżamie.
– Wiem, ja też – mężczyzna westchnął i
spojrzał na księżyc, który królował w tej chwili na niebie. Burza powoli
przechodziła, a powietrze stawało się świeższe.
Siedzieli w ciszy, każde zatopione we
własnych myślach. Vivien nawet nie pamiętała momentu, w którym w końcu udało
jej się usnąć. Obudziła się rankiem, czując czyjś oddech na swojej twarzy.
Szybko otworzyła oczy i odetchnęła z ulgą, widząc bursztynowe, psie ślepia.
Pogłaskała zwierzaka po łbie i podniosła się z fotela. Bolał ją kręgosłup, ale
powinna się tego spodziewać.
Weszła do kuchni, z której dobiegał zapach
przyrządzanego jedzenia. Uśmiechnęła się lekko, dostrzegając staruszka,
krzątającego się po całym pomieszczeniu. Nucił pod nosem tylko sobie znaną
piosenkę. Przywitał się z nią krótko, nie przerywając wykonywanych czynności.
Vivien, zaś zajęła się zostawionym dla niej jedzeniem. Cały posiłek szybko
zniknął z talerza dziewczyny. Miała wrażenie, że nic się nie zmieniło, że nie
było żadnego listu, a ona nie musiała opuszczać tego miejsca. Wtedy właśnie
ujrzała tobołek, leżący obok stołu. Podniosła pytające spojrzenie na dziadka.
– Spakowałem ci wszystkie wymagane rzeczy –
odpowiedział na nieme pytanie, nie patrząc jej w oczy. – Zaraz powinni po
ciebie przyjść – po tych słowach wyszedł na dwór, zostawiając ją samą z
milionem pytań, krążących po głowie.
Po wyjściu dziadka skierowała swe kroki do
pokoju. Musiała zabrać ze sobą jakieś ubrania. Zaczęła je wkładać do plecaka,
który dostała dwa lata temu. Ciemny materiał przedarł się nieco na spodzie, ale
to nie przeszkadzało jej w używaniu przedmiotu. Nie miała zbyt wielu ciuchów,
więc po paru minutach szafka wiała pustką. Vi rozejrzała się jeszcze wokół.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi domku. Ta chwila nadeszła szybciej niż
przypuszczała.
Wyprostowała się i otworzyła drzwi. Stała
przed nią wysoka kobieta z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Wydawała się miła,
jednak jej oczy wskazywały na to, że potrafi być surowa i sztywno trzyma się
zasad. Miała podłużną twarz, a brązowe włosy spięła w ciasny kok na czubku
głowy. Szaty nieznajomej miały kolor ciemnej zieleni i wydawały się doskonale
zgrywać z całą jej osobowością.
– Vivien? – spytała i nie czekając na
odpowiedź weszła do środka. Rozejrzała się wokół, jednak szybko skierowała swój
wzrok z powrotem na dziewczynę. – Gdzie jest twój opiekun? – wydawała się być
zniecierpliwiona, jakby pobyt w tym miejscu był dla niej karą za jakieś
przewinienie.
– Gdzieś poszedł – wymamrotała zakłopotana.
Nie miała pojęcia, gdzie udał się dziadek. Nie widziała go nigdzie. Czyżby nie
zamierzał się z nią pożegnać?
– W tej chwili to nieistotne – ucięła przybyszka,
nie dostrzegając wzbierających łez w oczach Vi. – Jestem Cordelia Geffen i moim
zadaniem jest zabranie cię do szkoły Everst. Zabierz swoje rzeczy i wyjdź przed
dom – odwróciła się i udała w stronę drzwi, zostawiając Vivien samą.
Dziewczyna dosyć szybko pojawiła się na
podwórku z dwoma, małymi bagażami. Jej przybycie zostało skwitowane skinięciem
głowy. Kobieta włożyła dłoń do kieszeni i wyjęła jakiś pakunek, który podała Vivien.
– Zjedz to. Gdy to zrobisz złącz ze sobą
palce wskazujące i powiedz Vehiculum – pokazała, jak to ma wyglądać, po czym
spojrzała twardo w oczy Vi. –Czy to jasne?
– Tak –odpowiedziała pospiesznie, nie
chcąc się narazić na gniew kobiety. Szybko połknęła trzy czerwone kryształki.
Były dobre w smaku, jednak wiedziała, że to nie pora na myślenie o tym. –
Vehiculum – starała się mówić jak najwyraźniej z tą samą intonacją, którą użyła
Cordelia.
Zamknęła oczy, czując nieprzyjemne
wirowanie w głowie. Kiedy je otworzyła, ujrzała przed sobą ogromny zamek. Nigdy
wcześniej nie widziała niczego tak potężnego i to ją przeraziło. Przecież ona
nie mogła tu mieszkać! Była tylko zwyczajną dziewczyną z małej chatki, którą
zamieszkiwała przez lata z dziadkiem. Właśnie, dziadek. Zagryzła wargę, nie
chcąc płakać. Nie pożegnał się z nią.
– Rusz się, nie mamy wieczności na twoje
problemy – pogardliwy głos dobiegał z oddali. Vi szybko dogoniła kobietę i
ruszyła wraz z nią ścieżką w stronę zamku.
– To jest twój plan, rozkład szkoły oraz
akademika i krótkie wyjaśnienia, jak dokładnie przebiega nauka w Everst –
siedziała naprzeciw dyrektora szkoły. Mimo uśmiechu wydawał jej się mroczny, a
zarazem w jakiś dziwny sposób podobny do dziadka. Miał tą samą postawę, sposób
mówienia. Nawet w rysach twarzy dało się dostrzec ich podobieństwo. – To już
wszystko. Mam nadzieję, że spodoba ci się u nas, Vivien – wiedziała, że to była
odprawa. Szybko podniosła się z krzesła i ruszyła schodkami w dół.
Stała na środku pustego korytarza,
starając się zrozumieć dokładnie rozrysowany plan szkoły. Tego dnia nie musiała
iść na zajęcia; miała zapoznać się z budynkiem i ulokować w przydzielonym
pokoju. Tylko jak miała do niego trafić? Podrapała się po ręce, zahaczając o
niebieską bransoletkę. Tą biżuterię nosił każdy uczeń. Różniła się tylko
kolorami, oznaczając poziom, na jakim jest dany student. Vi była nowicjuszką, jednak
dowiedziała się, że barwa przedmiotu w przypadku niektórych osób zmieniała się
już po tygodniu, gdy magia wzrastała.
W końcu przestała patrzeć na bransoletkę i
ruszyła do przodu. W tej samej chwili rozległ się gong, a korytarz zapełnił
uczniami. Oczy dziewczyny otworzyły się szerzej. Starała się przedostać przez
tłum, jednak ciągle ktoś ją popychał. Dotarła do zakrętu, lecz nie udało jej
się pójść dalej, ponieważ została potrącona przez jakiegoś chłopaka, który
uśmiechnął się do niej wrednie. Miał blond włosy, potargane we wszystkie
strony. Zielonkawe oczy lśniły mściwą satysfakcją, zaś wysportowana sylwetka
biła pewnością siebie. Rzucił Vi ostatnie spojrzenie, po czym został
pociągnięty przez kumpli i poszedł przed siebie.
Zebrała kartki, które się rozsypały i gdy
już miała wstawać, ujrzała przed sobą dłoń. Chwyciła ją i podniosła się. Teraz
mogła spojrzeć na osobę, która udzieliła jej pomocy. Był to chłopak. Wyglądał
przyjaźnie, a na jego ustach widniał szczery uśmiech.
– Hej. Nowa, tak? Przykro mi, że musiałaś
natknąć się na Nathana już na samym początku. Okropny typek, jeśli chcesz znać
moje zdanie – wpatrywała się w nieznajomego z rozbawieniem. Mówił szybko i
dużo, a do tego żywo gestykulował rękami. – Jeju, ja się jeszcze nie
przedstawiłem! Jestem Samuel Meridies – odgarnął niesforne kosmyki włosów na
bok i spojrzał na nią z wyczekiwaniem.
– Vivien. Vivien Black – potrząsnęła lekko
jego dłonią, którą nadal trzymała, po czym ją puściła, nieco zawstydzona. –
Którędy powinnam iść, żeby dotrzeć do akademiku? – spytała, licząc na to, że
Sam pomoże jej bardziej niż te przeklęte rozkłady.
– Idź prosto –przyłożył palec do brody,
zastanawiając się nad czymś. –Albo chodź ze mną, zaprowadzę cię, żebyś się nie
zgubiła – nie powiedział tego obraźliwym tonem, jakby uważał ją za jakąś
idiotkę, która władowała mu się na głowę. Wydawało się raczej, że troszczy się
o nią, chociaż nie sądziła, że to możliwe.
Rozglądała się na boki, przemierzając
korytarze. Starała się jak najlepiej zapamiętać trasę by następnym razem móc
trafić w to miejsce. Oczywiście nie miała zamiaru na samym początku lądować w
gabinecie dyrektora za jakieś przewinienie, jednak w pobliżu były też
pomieszczenia, w których odbywały się lekcje.
Zerknęła na nadgarstek chłopaka i
zmarszczyła lekko nos. Jego bransoletka miała bordowy kolor, którego za nic nie
mogła sobie przypomnieć. Nie wiedziała, więc jaki był poziom jego mocy, czy co
mogła znaczyć ta barwa. Sam dostrzegł jej spojrzenie i uśmiechnął się szeroko.
– Poziom czwarty, wojownik – podwinął rękaw
i mogła ujrzeć kolejną bransoletkę z jakimś znakiem. Ach tak, słyszała coś, że
po osiągnięciu poziomu trzeciego można wybrać sobie specjalizację. Nadal nie
rozumiała dokładnie o, co w tym chodzi, lecz powoli zaczynała przyzwyczajać się
do zasad tej placówki.
– To mój pokój – powiedziała, gdy po
swojej prawej stronie ujrzała drzwi z numerem 104.
– Współczuję – wymamrotał, krzywiąc się. Dosyć
szybko odzyskał, jednak swój dobry humor i uśmiechnął się do niej szeroko. – W takim
razie, do zobaczenia, Vivien – pomachał jej jeszcze zanim zniknął na końcu
korytarza.
Wahała się i dopiero po paru głębszych
oddechach otworzyła drzwi. Nie mogło być źle, prawda?
***
Wszelkie opinie mile widziane ;) Jeśli zobaczycie jakiś błąd, nie wahajcie się tylko piszcie.
Niech zgadnę... Vi będzie w końcu z tym blondaskiem o (moich ukochanych) zielonych oczach, a Sam jest gejem? ;D Pytanko: w jakim "przedziale" czasu to się rozgrywa? Znaczy poziom życia i postępu cywilizacyjnego jest jak w większości książek fantastycznych na poziomie czegoś, co przypomina średniowiecze? Czy jak w Harrym Potterze są dwa światy, jeden współczesny, a drugi cofnięty? Albo jeszcze inaczej... Czytając to, co właśnie napisałam, stwierdzam iż w coli z Biedronki zdecydowanie jest coś halucynogennego ;P Kiedy następny? ;)
OdpowiedzUsuńSama nie wiem z kim ona będzie ;P Zobaczy się.
UsuńCo do czasu, jest to inna rzeczywistość, stworzona przeze mnie, ale są tak jakby zacofani. Wiesz, z elektroniką to u nich nieciekawie. Następny rozdział pewnie w tygodniu, który się zbliża.
A co dopiero mówić o tymbarku? ;>
Teraz. Ale co do Sama miałam rację? ;) Uśmiecham się grzecznie i paczę słodkimi oczkami jak gollum ;) Nie pozbawiaj mnie radości w życiu, wiesz że to przez Ciebie tyle czytam fików ;P
UsuńZobaczę jeszcze ;P Mam w głowie głupi pomysł, ale chyba go nie zrealizuję... chociaż, kto wie? Może ciekawiej będzie :)
UsuńO! Uwielbiam głupie pomysły! Twoje nawet bardziej od moich ;D
UsuńPrzepraszam Cię bardzo, szybciutko usuń to powiadomienie, ale albo ja coś mam pop*eprzone, albo ogólnie coś Ci się popsuło, bo nie masz Spamownika :c
OdpowiedzUsuń__________
Zapraszam na nowy rozdział na hipokryzja-uczuc.blogspot.com
Pozdrawiam i życzę miłego czytania :)