Świstokliki

sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 2



     Ta noc była jedną z najgorszych w życiu Vivien. Za oknem szalała burza, a ona za nic nie mogła usnąć. Przewracała się z boku na bok, szturchając, co chwilę psa. Zwierzę położyło się w jej nogach i rzucało jej niezadowolone spojrzenia. W końcu nie wytrzymała i wygrzebała się spod kołdry, spuszczając bose stopy na drewnianą podłogę. Poczuła nieprzyjemny chłód i szybko założyła ciapy, żeby wyjść na korytarz.
     Cichym krokiem zmierzała w stronę okna, z którego zawsze było widać światło księżyca. Tej nocy była pełnia, a Vi wiedziała, że może jej już nigdy więcej nie zobaczyć z tego miejsca. W pewnym momencie jedna z desek zaskrzypiała pod nogą dziewczyny, wywołując u niej strachliwe wzdrygnięcie. Wtedy też zobaczyła czyjś cień w ciemnym pokoju.
     – Jeszcze nie śpisz? – w pomieszczeniu rozległ się cichy głos dziadka. Z oddali widziała jego błyszczące oczy.
     – Nie mogę zasnąć – weszła do pokoju i usiadła w jednym z foteli. – Boję się –wyszeptała, zaciskając palce na swojej piżamie.
     – Wiem, ja też – mężczyzna westchnął i spojrzał na księżyc, który królował w tej chwili na niebie. Burza powoli przechodziła, a powietrze stawało się świeższe.
     Siedzieli w ciszy, każde zatopione we własnych myślach. Vivien nawet nie pamiętała momentu, w którym w końcu udało jej się usnąć. Obudziła się rankiem, czując czyjś oddech na swojej twarzy. Szybko otworzyła oczy i odetchnęła z ulgą, widząc bursztynowe, psie ślepia. Pogłaskała zwierzaka po łbie i podniosła się z fotela. Bolał ją kręgosłup, ale powinna się tego spodziewać.
     Weszła do kuchni, z której dobiegał zapach przyrządzanego jedzenia. Uśmiechnęła się lekko, dostrzegając staruszka, krzątającego się po całym pomieszczeniu. Nucił pod nosem tylko sobie znaną piosenkę. Przywitał się z nią krótko, nie przerywając wykonywanych czynności. Vivien, zaś zajęła się zostawionym dla niej jedzeniem. Cały posiłek szybko zniknął z talerza dziewczyny. Miała wrażenie, że nic się nie zmieniło, że nie było żadnego listu, a ona nie musiała opuszczać tego miejsca. Wtedy właśnie ujrzała tobołek, leżący obok stołu. Podniosła pytające spojrzenie na dziadka.
     – Spakowałem ci wszystkie wymagane rzeczy – odpowiedział na nieme pytanie, nie patrząc jej w oczy. – Zaraz powinni po ciebie przyjść – po tych słowach wyszedł na dwór, zostawiając ją samą z milionem pytań, krążących po głowie.
     Po wyjściu dziadka skierowała swe kroki do pokoju. Musiała zabrać ze sobą jakieś ubrania. Zaczęła je wkładać do plecaka, który dostała dwa lata temu. Ciemny materiał przedarł się nieco na spodzie, ale to nie przeszkadzało jej w używaniu przedmiotu. Nie miała zbyt wielu ciuchów, więc po paru minutach szafka wiała pustką. Vi rozejrzała się jeszcze wokół. Nagle rozległo się pukanie do drzwi domku. Ta chwila nadeszła szybciej niż przypuszczała.
     Wyprostowała się i otworzyła drzwi. Stała przed nią wysoka kobieta z przyjaznym uśmiechem na twarzy. Wydawała się miła, jednak jej oczy wskazywały na to, że potrafi być surowa i sztywno trzyma się zasad. Miała podłużną twarz, a brązowe włosy spięła w ciasny kok na czubku głowy. Szaty nieznajomej miały kolor ciemnej zieleni i wydawały się doskonale zgrywać z całą jej osobowością.
     – Vivien? – spytała i nie czekając na odpowiedź weszła do środka. Rozejrzała się wokół, jednak szybko skierowała swój wzrok z powrotem na dziewczynę. – Gdzie jest twój opiekun? – wydawała się być zniecierpliwiona, jakby pobyt w tym miejscu był dla niej karą za jakieś przewinienie.
     – Gdzieś poszedł – wymamrotała zakłopotana. Nie miała pojęcia, gdzie udał się dziadek. Nie widziała go nigdzie. Czyżby nie zamierzał się z nią pożegnać?
     – W tej chwili to nieistotne – ucięła przybyszka, nie dostrzegając wzbierających łez w oczach Vi. – Jestem Cordelia Geffen i moim zadaniem jest zabranie cię do szkoły Everst. Zabierz swoje rzeczy i wyjdź przed dom – odwróciła się i udała w stronę drzwi, zostawiając Vivien samą.
    Dziewczyna dosyć szybko pojawiła się na podwórku z dwoma, małymi bagażami. Jej przybycie zostało skwitowane skinięciem głowy. Kobieta włożyła dłoń do kieszeni i wyjęła jakiś pakunek, który podała Vivien.
     – Zjedz to. Gdy to zrobisz złącz ze sobą palce wskazujące i powiedz Vehiculum – pokazała, jak to ma wyglądać, po czym spojrzała twardo w oczy Vi. –Czy to jasne?
     – Tak –odpowiedziała pospiesznie, nie chcąc się narazić na gniew kobiety. Szybko połknęła trzy czerwone kryształki. Były dobre w smaku, jednak wiedziała, że to nie pora na myślenie o tym. – Vehiculum – starała się mówić jak najwyraźniej z tą samą intonacją, którą użyła Cordelia.
     Zamknęła oczy, czując nieprzyjemne wirowanie w głowie. Kiedy je otworzyła, ujrzała przed sobą ogromny zamek. Nigdy wcześniej nie widziała niczego tak potężnego i to ją przeraziło. Przecież ona nie mogła tu mieszkać! Była tylko zwyczajną dziewczyną z małej chatki, którą zamieszkiwała przez lata z dziadkiem. Właśnie, dziadek. Zagryzła wargę, nie chcąc płakać. Nie pożegnał się z nią.
     – Rusz się, nie mamy wieczności na twoje problemy – pogardliwy głos dobiegał z oddali. Vi szybko dogoniła kobietę i ruszyła wraz z nią ścieżką w stronę zamku.


     – To jest twój plan, rozkład szkoły oraz akademika i krótkie wyjaśnienia, jak dokładnie przebiega nauka w Everst – siedziała naprzeciw dyrektora szkoły. Mimo uśmiechu wydawał jej się mroczny, a zarazem w jakiś dziwny sposób podobny do dziadka. Miał tą samą postawę, sposób mówienia. Nawet w rysach twarzy dało się dostrzec ich podobieństwo. – To już wszystko. Mam nadzieję, że spodoba ci się u nas, Vivien – wiedziała, że to była odprawa. Szybko podniosła się z krzesła i ruszyła schodkami w dół.
     Stała na środku pustego korytarza, starając się zrozumieć dokładnie rozrysowany plan szkoły. Tego dnia nie musiała iść na zajęcia; miała zapoznać się z budynkiem i ulokować w przydzielonym pokoju. Tylko jak miała do niego trafić? Podrapała się po ręce, zahaczając o niebieską bransoletkę. Tą biżuterię nosił każdy uczeń. Różniła się tylko kolorami, oznaczając poziom, na jakim jest dany student. Vi była nowicjuszką, jednak dowiedziała się, że barwa przedmiotu w przypadku niektórych osób zmieniała się już po tygodniu, gdy magia wzrastała.
     W końcu przestała patrzeć na bransoletkę i ruszyła do przodu. W tej samej chwili rozległ się gong, a korytarz zapełnił uczniami. Oczy dziewczyny otworzyły się szerzej. Starała się przedostać przez tłum, jednak ciągle ktoś ją popychał. Dotarła do zakrętu, lecz nie udało jej się pójść dalej, ponieważ została potrącona przez jakiegoś chłopaka, który uśmiechnął się do niej wrednie. Miał blond włosy, potargane we wszystkie strony. Zielonkawe oczy lśniły mściwą satysfakcją, zaś wysportowana sylwetka biła pewnością siebie. Rzucił Vi ostatnie spojrzenie, po czym został pociągnięty przez kumpli i poszedł przed siebie.
     Zebrała kartki, które się rozsypały i gdy już miała wstawać, ujrzała przed sobą dłoń. Chwyciła ją i podniosła się. Teraz mogła spojrzeć na osobę, która udzieliła jej pomocy. Był to chłopak. Wyglądał przyjaźnie, a na jego ustach widniał szczery uśmiech.
     – Hej. Nowa, tak? Przykro mi, że musiałaś natknąć się na Nathana już na samym początku. Okropny typek, jeśli chcesz znać moje zdanie – wpatrywała się w nieznajomego z rozbawieniem. Mówił szybko i dużo, a do tego żywo gestykulował rękami. – Jeju, ja się jeszcze nie przedstawiłem! Jestem Samuel Meridies – odgarnął niesforne kosmyki włosów na bok i spojrzał na nią z wyczekiwaniem.
     – Vivien. Vivien Black – potrząsnęła lekko jego dłonią, którą nadal trzymała, po czym ją puściła, nieco zawstydzona. – Którędy powinnam iść, żeby dotrzeć do akademiku? – spytała, licząc na to, że Sam pomoże jej bardziej niż te przeklęte rozkłady.
    – Idź prosto –przyłożył palec do brody, zastanawiając się nad czymś. –Albo chodź ze mną, zaprowadzę cię, żebyś się nie zgubiła – nie powiedział tego obraźliwym tonem, jakby uważał ją za jakąś idiotkę, która władowała mu się na głowę. Wydawało się raczej, że troszczy się o nią, chociaż nie sądziła, że to możliwe.
     Rozglądała się na boki, przemierzając korytarze. Starała się jak najlepiej zapamiętać trasę by następnym razem móc trafić w to miejsce. Oczywiście nie miała zamiaru na samym początku lądować w gabinecie dyrektora za jakieś przewinienie, jednak w pobliżu były też pomieszczenia, w których odbywały się lekcje.
    Zerknęła na nadgarstek chłopaka i zmarszczyła lekko nos. Jego bransoletka miała bordowy kolor, którego za nic nie mogła sobie przypomnieć. Nie wiedziała, więc jaki był poziom jego mocy, czy co mogła znaczyć ta barwa. Sam dostrzegł jej spojrzenie i uśmiechnął się szeroko.
     – Poziom czwarty, wojownik – podwinął rękaw i mogła ujrzeć kolejną bransoletkę z jakimś znakiem. Ach tak, słyszała coś, że po osiągnięciu poziomu trzeciego można wybrać sobie specjalizację. Nadal nie rozumiała dokładnie o, co w tym chodzi, lecz powoli zaczynała przyzwyczajać się do zasad tej placówki.
     – To mój pokój – powiedziała, gdy po swojej prawej stronie ujrzała drzwi z numerem 104.
     – Współczuję – wymamrotał, krzywiąc się. Dosyć szybko odzyskał, jednak swój dobry humor i uśmiechnął się do niej szeroko. – W takim razie, do zobaczenia, Vivien – pomachał jej jeszcze zanim zniknął na końcu korytarza.
     Wahała się i dopiero po paru głębszych oddechach otworzyła drzwi. Nie mogło być źle, prawda?

***
Wszelkie opinie mile widziane ;) Jeśli zobaczycie jakiś błąd, nie wahajcie się tylko piszcie.

6 komentarzy:

  1. Niech zgadnę... Vi będzie w końcu z tym blondaskiem o (moich ukochanych) zielonych oczach, a Sam jest gejem? ;D Pytanko: w jakim "przedziale" czasu to się rozgrywa? Znaczy poziom życia i postępu cywilizacyjnego jest jak w większości książek fantastycznych na poziomie czegoś, co przypomina średniowiecze? Czy jak w Harrym Potterze są dwa światy, jeden współczesny, a drugi cofnięty? Albo jeszcze inaczej... Czytając to, co właśnie napisałam, stwierdzam iż w coli z Biedronki zdecydowanie jest coś halucynogennego ;P Kiedy następny? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem z kim ona będzie ;P Zobaczy się.
      Co do czasu, jest to inna rzeczywistość, stworzona przeze mnie, ale są tak jakby zacofani. Wiesz, z elektroniką to u nich nieciekawie. Następny rozdział pewnie w tygodniu, który się zbliża.
      A co dopiero mówić o tymbarku? ;>

      Usuń
    2. Teraz. Ale co do Sama miałam rację? ;) Uśmiecham się grzecznie i paczę słodkimi oczkami jak gollum ;) Nie pozbawiaj mnie radości w życiu, wiesz że to przez Ciebie tyle czytam fików ;P

      Usuń
    3. Zobaczę jeszcze ;P Mam w głowie głupi pomysł, ale chyba go nie zrealizuję... chociaż, kto wie? Może ciekawiej będzie :)

      Usuń
    4. O! Uwielbiam głupie pomysły! Twoje nawet bardziej od moich ;D

      Usuń
  2. Przepraszam Cię bardzo, szybciutko usuń to powiadomienie, ale albo ja coś mam pop*eprzone, albo ogólnie coś Ci się popsuło, bo nie masz Spamownika :c
    __________
    Zapraszam na nowy rozdział na hipokryzja-uczuc.blogspot.com
    Pozdrawiam i życzę miłego czytania :)

    OdpowiedzUsuń