Tego dnia las był cichy i tylko od czasu
do czasu wiatr bawił się między gałęziami ogromnych drzew. Zwierzęta pochowały
się w swych norach, zapewne wyczuwając zmianę pogody. Ze wschodu, na małą
wioskę położoną tuż przy borze, zmierzały ciemne chmury. Z każdą chwilą niebo
stawało się ciemniejsze, zaś z oddali zaczęły dobiegać dźwięki grzmotów,
wprowadzających wszystko w lekkie wibracje swą mocą.
Nagle cisza została przerwana dźwiękiem
łamanych gałązek. Ktoś dosyć szybko przemierzał zarośnięte ścieżki, usiłując
wydostać się z niebezpiecznej pułapki, którą las stawał się w tym momencie.
Małe, bose stopy uderzały rytmicznie o podszycie, a towarzyszył im stłumiony
odgłos psich łap. Na drodze, co parę metrów dało się zauważyć kilka zgubionych
malin. Czymże jednak były te owoce w chwili takiego zagrożenia? To miejsce było
niebezpieczne, szczególnie, kiedy targał nim żywioł.
– Wróciłam! – rozległ się dziewczęcy głos
w małej, drewnianej chatce. W tym samym czasie za oknem pojawiła się pierwsza
błyskawica.
Dziewczynka wkroczyła do środka, szukając
dziadka. Nie odzywał się, więc coś musiało się stać. W jej sercu z każdą
mijającą sekundą narastał coraz większy lęk. Staruszek zawsze odpowiadał i
wychodził jej na powitanie, gdy wracała ze swych leśnych wędrówek. Co go
zatrzymało tym razem?
Weszła do izby, służącej za kuchnię i
odetchnęła z ulgą. Mężczyzna siedział przy stole i tępo wpatrywał się w okno.
Już dawno zaczął się garbić i starzeć w zastraszającym tempie, jednak teraz
było to doskonale widoczne. Drobna postać, obejmowała dłońmi kubek. Palce
staruszka drżały i ukazywały to, że jest on przyzwyczajony do ciężkiej pracy. Zawsze
budził szacunek w innych ludziach, lecz teraz wyglądał krucho, niczym małe
dziecko, obawiające się ciemności. Siwizna zdobiła jego włosy, których i tak
niewiele zostało na głowie. Mądre, ciepłe, brązowe oczy były w tej chwili
zamknięte, a w ustach tkwiła fajka, wyrzucająca z siebie kłęby dymu.
– Dziadku – drgnął, słysząc jej głos i
uniósł powieki do góry. Starał się posłać w jej stronę uśmiech, lecz słabo mu
to wychodziło. – Przyniosłam maliny –oznajmiła dziewczyna, stawiając dzbanuszek
na jednej z szafek.
Skinął głową i wskazał jej krzesło przy stole.
Posłusznie zajęła miejsce, nieco zaniepokojona postawą mężczyzny. Nigdy nie
zachowywał się w ten sposób. Starał się udawać przed nią spokój, jednak ona
doskonale wiedziała, że jest roztrzęsiony.
– Przeczytaj list – powiedział krótko,
wskazując wnuczce kopertę leżącą na stole. Nie zauważyła jej wcześniej,
ponieważ za bardzo zaabsorbował ją staruszek.
Sięgnęła po biały papier i wyjęła list.
Koperta została już otworzona, zapewne przez dziadka. Serce dziewczynki zaczęło
bić szybciej, kiedy spostrzegła, że wiadomość jest zaadresowana do niej. Czuła
się mile połechtana tym faktem, jednak ziarenko niepewności ciągle tkwiło w jej
sercu, które zaczęło bić w szalonym rytmie.
„Szanowna Vivien,
Serdecznie
pragniemy zaprosić Cię do uczęszczania do naszej placówki, kształcącej młodych,
zdolnych ludzi, do których zaliczasz się również Ty. Szkoła Everst zapewnia
doskonały poziom nauczania, przyjazną atmosferę, a do tego zakwaterowanie na
przyszłe lata nauki.
Dostajesz
ten list po ukończeniu szesnastu lat. To jest jeden z warunków zostania
studentem naszej placówki. Drugim jest posiadanie odpowiedniej ilości mocy.
Wyjątkowe umiejętności zostały u Ciebie zarejestrowane po urodzeniu, zaś teraz
osiągnęłaś odpowiedni wiek by je rozwijać.
Mamy
nadzieję, że zaszczycisz grono społeczności uczniowskiej szkoły Everst, gdyż
nieupilnowane moce mogą stanowić zagrożenie dla Ciebie oraz innych ludzi. Spis
wymaganych rzeczy do rozpoczęcia nauki został zamieszczony na drugiej kartce.
Prosimy się z nim zapoznać i zaopatrzyć w wymienione przedmioty.
Z poważaniem
Dyrektor Faust”
Dziewczyna skierowała pełne niedowierzania
spojrzenie na dziadka. Czyżby te wszystkie zaklęcia, mikstury i bajki na
dobranoc były prawdziwe? Miały jakieś większe znaczenie i właśnie teraz ona
została w to wszystko wplątana? I moce? Jakie znowu moce? Nie miała żadnych, a
nawet nie czuła, że jest jakoś uzdolniona. Wątpiła by to wszystko było żartem,
wymyślonym przez dziadka, jednak jej umysł ciągle podsuwał teorie, wykluczające
realność tej sytuacji.
– Nie mogę zatrzymać Cię w domu – oznajmił
staruszek, po czym zaciągnął się dymem. Przez cały czas nie patrzył jej w oczy
i dopiero teraz odważył się to zrobić. – Musisz tam iść, chociaż ja wcale tego
nie chcę –westchnął i zmienił swoją pozycję. Znów przypominał tego potężnego
mężczyznę, od którego czuć było siłę. – Musisz, jednak coś wiedzieć zanim
wyruszysz. Nigdy, ale to nigdy, nie przyznawaj się do tego, że wiesz więcej niż
inni. Rozumiesz? – jego spojrzenie stało się twarde, natarczywe, wywołujące lęk
u Vivien. – Zapamiętaj, masz nie pokazywać, że nauczyłaś się czegokolwiek przed
pójściem do Everst. Jeśli nie zastosujesz się do tej rady, wpadniesz w kłopoty.
W tej chwili nie rozumiała niczego. Po co
uczyła się tego wszystkiego, skoro teraz miała milczeć? Była, jednak mądrą
dziewczyną i pojęła, w czym rzecz. Jej oczy otworzyły się szerzej i w tym samym
czasie błyskawica rozświetliła pomieszczenie. Deszcz lunął.
– To jest nielegalne, tak? – nie otrzymała
odpowiedzi słownej, ale oczy staruszka mówiły więcej niż tysiąc słów.
Zaczerpnęła głębszy oddech i zaczęła wyłamywać palce. –Czy… - przełknęła ślinę
i dopiero wtedy kontynuowała – Czy coś może mi się stać, gdy ktoś się o tym
dowie?
Było widać, że mężczyzna się waha. Nie
udzielił odpowiedzi od razu, a mijający czas wydawał się przedłużać w nieskończoność.
– Karą za praktykowanie tego rodzaju magii
jest śmierć – powiedział cicho. – Nie sądziłem, że będziesz na to narażona. Nie
sądziłem, że przyjmą Cię do tej szkoły. Cholera, to wszystko miało być planem
awaryjnym i nigdy się nie przydać – mamrotał rozgorączkowany.
Duży, czarny pies skrył się pod stołem i
przytulił do nogi Vivien, jakby czując, że dziewczyna potrzebuje teraz wsparcia.
Nie na co dzień dowiadywała się takich rzeczy. To wszystko wydawało się być
baśnią lub snem, z którego zaraz się obudzi. Niestety, kiedy uszczypnęła się w
rękę poczuła ból i wiedziała, że od tej chwili jej życie się zmieni.
– Czy jest wyznaczony termin, w którym mam
zjawić się w szkole? – spytała cichym, a zarazem stanowczym głosem. Nie zdoła
uciec przed przeznaczeniem, o czym wiedziała doskonale. W końcu nie raz
słyszała to zdanie z ust dziadka, chociaż teraz powoli przestawała ufać słowom
tego mężczyzny. Wydawał się jej obcy, a całe jej poprzednie życie przeplatane
niedomówieniami z jego strony.
– Jutro. Jutro po Ciebie przyjdą – powiedział
to z bólem w oczach, którego nigdy wcześniej tam nie widziała, zwalczając tym
samym wszystkie podejrzenia. Teraz pozostawał tylko lęk i chęć poznania tego,
co dotychczas było nieznane.
***
Jest pierwszy
rozdział! Wyszło mi nieco więcej niż 1000 wyrazów, wow. Mam nadzieję, że się
spodoba. Jeśli widzicie jakieś błędy, piszcie śmiało. Wszelkie opinie również
są mile widziane. Chcę też wyjaśnić, że później pojawi się humor i sytuacja
nieco rozluźni, jednak na razie musi być poważnie.
Zakładki „O
blogu” i „Autorka” zostały uzupełnione.
No, no, Pani Black, Pani ma lekki styl pisania i podoba mi się to, naprawdę.
OdpowiedzUsuńCo z tego, że jest poważnie, jeżeli przyjemnie się czyta?
Zostaję tutaj, czekam na kolejny rozdział.
Moja, V.! :) Dziękuję bardzo. Mam nadzieję, że wybaczysz mi odejście z SFG.
UsuńPrzebolałam, jasne :)
UsuńPs. Ta szkoła i tak się nieźle posypała. Nie wiem, czy to ja, czy jakiś pech, ale gdzie się pojawię to autorzy wymierają Oo
Uff, kamień z serca :D
UsuńJa też tak mam. Niestety coraz mniej osób angażuje się jakoś bardziej. Cieszę się, jednak, że jestem chociaż na jednym blogu, na którym coś się dzieje :)
Ja mam pecha; gdzie się nie pojawię, tam wszystko wymiera. Eh, eh...
UsuńPrześliczny szablon masz :3
Dziękuję :)
UsuńOd razu mówię: 0 punktów za wkręcanie mnie z tym blogiem ;P Co ja właściwie wtedy powiedziałam? Zarys fajny, aż przypomina mi się dzieciństwo ;) If you know what I mean ;D
OdpowiedzUsuń